Naukowcy dokonali przełomu. Stworzyli lekarstwo na najbardziej przerażającą i nieuleczalną chorobę naszego wieku – nowotwór. Wszystko ma jednak swoje konsekwencje. Po idealnym, wolnym od wszelkich skaz pokoleniu, nastało nowe, któremu nigdy nie było dane dożyć prawdziwej dorosłości. Nieszczęśliwi rodzice, bezsilnie patrzyli jak ich dzieci umierają. Bezpowrotnie zmienił się cały świat.

Główna bohaterka książki, z której punktu widzenia, przy pomocy pierwszoosobowej narracji, przedstawiona jest fabuła, to szesnastoletnia Rhine. Została porwana przez tak zwanych „kolekcjonerów”, którzy sprzedają dziewczyny, by jako przyszłe żony trafiły do haremów zamożnych ludzi. Na początku było ich dwanaście, przeżyły tylko trzy. Mimo mrożącej krew w żyłach sytuacji, Rhine dopisuje szczęście. Jej mąż nie jest złym człowiekiem, a wręcz przeciwnie, dziewczyna z całej siły walczy o to, by móc go nienawidzić. To jego przerażający ojciec stanowi problem. Szalony naukowiec, który nie cofnie się przed niczym, a całe życie i bliskich jest gotowy poświęcić do badań genetycznych. Dziewczyna również tęskni za bratem bliźniakiem, którego zostawiła w domu i jako miłośniczka wolności nie zamierza spędzić w klatce tych czterech, jakże krótkich lat życia, które jej zostały.

Wystąpienie w literaturze motywu wynalezienia lekarstwa na raka, które niszczy ludzkość, nie jest niczym nowym. Przykład znamy choćby z powieści „Jestem legendą” amerykańskiego pisarza i scenarzysty Richarda Mathesona. W „Atrofii” jednak autorka wymyśliła własne, przemyślane konsekwencje takiego przełomowego odkrycia medycznego. Stworzyła pokolenie ludzi idealnych, bez żadnych chorób, skaz czy wad genetycznych. Jednak, jak to zwykle bywa, coś poszło nie tak jak trzeba i ich dzieci rodziły się zdrowe, ale dość szybko umierały – dziewczynki dożywały dwudziestego roku życia, chłopcy natomiast najwyżej dwudziestego piątego. Potem ich organizmy wyniszczał neurowirus, a to zmieniło cały, znany nam, świat.

Wszystkie postacie w książce, co do jednej, są tragiczne. Sceny przywodzą na myśl te ze sztuk Szekspira. Rhine zaprzyjaźnia się z, tak samo jak ona, uwięzioną w domu służbą. Inne żony zarządcy Lindena traktuje jak siostry, a on sam staje się jej przyjacielem. To dzięki niej poradził sobie z żałobą po zmarłej ukochanej – Rose. Jego ojca, Vaughna, czytelnik również jest w stanie zrozumieć. To człowiek z pierwszego pokolenia idealnych ludzi, starszy mężczyzna, który już zdążył stracić pierwsze dzieci i teraz ze wszystkich sił walczy o to, by znaleźć lekarstwo na neurowirusa. Nie zawaha się przed niczym, nawet zabijaniem wchodzących mu w drogę osób. Wbrew opisowi umieszczonemu na wewnętrznej stronie okładki, książka nie jest takim typowym romansem. Dziewczyna nie zakochuje się bez pamięci, znacznie ważniejsza jest dla niej wolność i przyjaźń, a żyje z myślą o przyszłości – będzie, co ma być. Także miłośnicy romantyzmu i wielkich uniesień szczerze się na lekturze zawiodą.

Dodatkowo w powieści przeraża wizja błąkających się po ulicach sierot. Ponieważ ich rodzice umierają w wieku dwudziestu paru lat, nie ma kto się nimi zająć. Sierocińce są przepełnione i brakuje jedzenia. Ci silniejsi znajdują pracę w fabrykach, słabsi natomiast umierają z głodu i mrozu. Czy tak właśnie mógłby wyglądać początek końca świata?

Powieść pisana jest bardzo obrazowo. Mimo, że poznajemy całą grozę zaistniałej sytuacji poprzez wspomnienia głównej bohaterki, to przekazywana nam wiedza jest aż nazbyt rzeczywista. Kiedyś ludzie mieszkali w pięknych domach, a teraz umierają na ulicach. Akcja utworu nie jest wartka, aczkolwiek zupełnie tego w niej nie brakuje. To te najmniejsze, najbardziej błahe fakty i zwykła codzienność budzą tutaj grozę, a nie krwawe jatki i brutalne morderstwa. Autorka pisze w czasie teraźniejszym. Jej styl jest przyjemny, język łatwy w odbiorze, a fabuła naprawdę wciąga i fascynuje. Chciałabym użyć słowa „zachwyca”, ale myślę, że byłoby nieadekwatne do treści utworu. Bliższe opisywanej historii byłoby raczej „przeraża”. Podoba mi się również wydanie książki i wiele mówiąca, metaforyczna okładka. Po przeczytaniu ostatniej strony byłam naprawdę zaskoczona znalezieniem informacji o tym, że „Atrofia” to nie dość, że debiut, to jeszcze pierwsza część trylogii. Zakończenie ma dość wyraźnie zarysowane, a napisana jest tak dobrze, że ciężko uwierzyć, iż to pierwsza książka autorki.

Lekturę powieści polecam, ponieważ nie mogłabym nie. Jej treść daje wiele do myślenia. Namawia do zastanowienia się nad własnym życiem, ostrzega przed jego marnowaniem, w tym samym czasie dając nadzieję i sugerując, że każdy powinien żyć tak jak tego chce. Jednocześnie, mimo poruszania ważnych treści, jest to dobra, dostarczająca niewymuszonej rozrywki, beletrystyka.

O autorce słów kilka

Lauren DeStefano ukończyła filologię angielską ze specjalnością kreatywnego pisania w Albertus Magnus College w Connecticut. „Atrofia” to jej debiut literacki i pierwsza część trylogii. Prawa do książki sprzedano do kilkunastu krajów.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi nowaczytelnia

Reklamy

Written by Vicky

"We don't need a reason to help people"

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s